Bez kategorii

Knock, knock.. Who’s there? It’s a Santa!

6 grudnia to magiczna data. Dokładnie od tego dnia, naprawdę zaczynam czuć zbliżające się Święta. W ubiegłym roku, ten czas był już bardziej wyjątkowy niż zwykle… Tegoroczne Mikołajki jednak zaskoczyły mnie podwójnie i… mogłabym wspomnieć w zasadzie słowa pewnej bliskiej mi osoby, która zawsze mówiła “Kiedyś przyjdzie taki dzień”.. Przyszedł. I czuję się tak, jakbym dostała w prezencie .. BRATA. 😉 Chociaż tak naprawdę “mam go ” od 27 lat.

Choroba Mikuli jak zwykle pokrzyżowała moje Mikołajkowe plany. Owszem- znalazł się i Święty Pan który wypełnił buciki słodkościami, ale chciałam, by zobaczył go , siedzącego na tym, świetlnym tronie:

Nie udało się.. no cóż.. może za rok? Nie odmówiłam sobie jednak przyjemności “odpalenia” choinki na starym rynku i tym oto sposobem, w godzinach późno popołudniowych zawitaliśmy tam z Filem, który był zachwycony migoczącymi światełkami.

Jego rozradowane oczęta mówiły same za siebie:) I co chwilkę tylko wspominał “Mamusiu. prawda, że to piękne? Dziękuję, że mnie tutaj zabrałaś”

W ubiegłym roku, jeszcze niewiele rozumiała ta moja mała Gaduła. Teraz, zachwyca się każdą drobnostką. A mi serducho rośnie 🙂 Bo tak niewiele trzeba, żeby sprawić radość Małemu Łobuzowi.

Z Placu Wielkopolskiego, przeszliśmy na Stary Rynek, a ponieważ do 17 zostało jeszcze kilka chwil, obeszliśmy wszystkie stoiska, z których unosił się zapach grzanego wina, grillowanej kiełbasy i innych smakołyków.
Nie zabrakło też stanowisk z rękodziełem, gdzie można – aż do samych Świąt – zakupić upominki.

Do choinki dotarliśmy już o samym zmroku… zanim została oświetlona, nie robiła specjalnego wrażenia:

Ale kiedy zabłysnęła tysiącami światełek, wyglądała już zupełnie inaczej:

To był naprawdę fajny dzień. Udało nam się spotkać z dawno niewidzianymi przyjaciółmi,  z niektórymi zupełnie przypadkiem. No i.. z kimś jeszcze;) z kimś, kto właściwie od zawsze był z nami, ale jakoś było Mu do nas nie po drodze.

To przykre, kiedy Rodzina nie próbuje się porozumieć.. Nie dba o to, by mieć ze sobą częsty kontakt a każde spotkanie ( rzadkie w dodatku) kończy się jedynie uściskiem dłoni ( a i to nie zawsze). Kilka wymienionych zdań – czasem od niechcenia.
A przecież jest ta więź.. i tęsknota.. o której niewiele było mi wiadomo jeszcze jakiś czas temu.
Może to taki etap w moim życiu, że bardziej doceniam obecność bliskich osób. Że mam chęć zabiegać o każdy kontakt i drobny gest. I może On sam, też musiał to zrozumieć?

Nieważne, co się wydarzyło. Czy jego podejście zmieniło się dzięki pewnej, sympatycznej osobie (Marta – dziękuję) , czy po prostu zatęsknił, tak jak My tęsknimy od zawsze za Nim… najważniejsze, że JUŻ JEST 🙂 Że spędza z nami czas, próbuje rozmawiać.. i jest dla mnie takim Bratem, o jakim zawsze marzyłam 🙂
A kiedy tak patrzę na Niego ( na Nich ) z boku wiem też, że będzie wspaniałym Mężem, i cudownym, najlepszym Ojcem dla swoich Dzieci – kiedyś;)

A póki co.. cieszę się, że ZNÓW MAM BRATA 😉

Udostępnij: