Ckliwie

Jesteśmy razem już rok!

Czwartego kwietnia ubiegłego roku opublikowałam TEN post. Wówczas po raz pierwszy odważyłam się podzielić z Wami czymś, co już wtedy wydało mi się bardziej wyjątkowe niż kiedykolwiek. Nie wiedziałam co będzie. Czy to przetrwa.. Czy za kilka tygodni albo miesięcy nie będę płakać komuś w rękaw przez kolejną stratę.. Dlatego postanowiłam się nie przywiązywać.

Zawsze zgrywam zołzę 😉

To taki naturalny mechanizm obronny, który w sumie po wielu latach wszedł mi w krew tak bardzo, że nie wiem czy potrafię inaczej. Nie próbuję. Nie muszę. Bo on to akceptuje. Ale na początku było trudno.

Na każdy, nawet najmniejszy miły gest reagowałam złością i frustracją. Jednak ku mojemu zdziwieniu, osiągałam zupełnie odwrotny od zamierzonego efekt. Podobno faceci lubią zołzy  – może coś w tym jest?

W pewnym momencie zaczęłam czuć, że tracę tą swoją przestrzeń. Tą, która należała tylko do mnie. Zaczęłam się dusić w tym związku. Wiedziałam, że on niby rozumie, że tak bardzo jej potrzebuję ale z drugiej strony nie robił nic, by mi ją pozostawić.

Szybko przyszedł ten kryzys.

Cieszyły mnie samotne noce i to, że czasem pracował w weekendy a ja mogłam robić to, co wcześniej (przed nim) SAMA! Tak bardzo było mi to potrzebne.

Nie umiałam go zrozumieć. Nie wiedziałam dlaczego on nie rozumie mnie skoro wydawało mi się, że daje mu jasne sygnały. Żadna kobieta tego nie czaiła. A ja właściwie z żadną nawet nie chciałam o tym gadać. Ale wtedy pomógł mi mój przyjaciel. Dzięki niemu spojrzałam na całą sytuację z perspektywy mężczyzny i choć trudno było mi zaakceptować obecny stan rzeczy to starałam się zmienić myślenie. Dalej czułam się tak, jak bym wiecznie miała okres  – serio!

Był koło mnie facet, który kochał mnie tak bardzo jak nikt NIGDY a mnie to tak wkurzało! Nie patrzyłam na niego z miłością. Nie lubiłam go nawet czasami. Chciałam, żeby zniknął.

Później założyliśmy firmę.

Spontanicznie i chyba po to, żeby w pewnym sensie zacząć coś od nowa. Było jeszcze trudniej. Dopiero wtedy tak naprawdę zaczęliśmy się kłócić. Od początku marudziłam, że z nim nie można 🙂 więc dostałam to, czego chciałam. I nie, żeby było mi z tym źle, ja po prostu miałam dość. Był taki moment, że nawet pomyślałam (lub powiedziałam głośno ) że łączy nas tylko ten wspólny biznes.

Ale on dalej się starał. Był. Wspierał mnie. Nie wypytywał gdy nie chciałam mówić. I wciąż tak samo na mnie patrzył.

Bywało, że żałowałam. Byłam wtedy na siebie zła. Jak mogłam żałować, że wpuściłam do życia kogoś, kto jest dla nas taki dobry i zawsze stawia nasze dobro ponad swoim? Głosy bliskich mi osób z każdej strony szeptały mi do ucha, że nie powinnam rezygnować. Aż wreszcie coś we mnie pękło.

Nie wiem kiedy to się stało ale pewnego dnia (a raczej wieczoru) spojrzałam na niego zupełnie inaczej. Pogadałam sobie wtedy sama ze sobą 🙂 I wyglądało to mniej więcej tak :

O co Ci chodzi? Czego Ty od niego chcesz? Na co Ty czekasz? Za duża już jesteś, żeby wierzyć w bajki o rycerzach. Nie ma strzał amora. Nie ma idealnego życia. Problemy były zawsze i zawsze będą ale  o ile łatwiej jest je przeżyć gdy masz u boku kogoś, kto Cię kocha. Powinnaś już wiedzieć, że Cię nie skrzywdzi. Że jest tu nie tylko dla siebie, ale też dla Was.

Spojrzałam mu w oczy.. Gdyby on tak spojrzał pewnie powiedziałabym jak zwykle: “odwróć się, czego się gapisz” (ehh, taka właśnie jestem). Ale on tego nie zrobił. Zauważył , że na niego spoglądam i kąciki jego ust delikatnie uniosły się do góry. Oczy też się śmiały, a ja widziałam w nich swoje odbicie, dosłownie jak w tafli jeziora. Niczym nie zmącone. Idealne wręcz. Bo taką mnie widział. Dla niego zawsze byłam idealna. To wtedy, po raz pierwszy poczułam, że ja naprawdę GO KOCHAM.

Podobno po 12 miesiącach w związku wiele się zmienia

Dziś mija dokładnie rok od momentu, w którym napisałam mu (bo przecież wtedy jak zwykle był w pracy), że jestem gotowa by zacząć z nim coś budować – a raczej spróbować to zrobić. To wtedy po raz pierwszy zaczęliśmy się traktować jak PARA. Nie tylko jak kumple, ale jak kobieta i mężczyzna, którzy mogliby tworzyć wspólnie domowe ognisko.

Było tak wiele rzeczy, których w nim nie znosiłam. Akceptowałam je, bo tego wymagała ode mnie sytuacja, ale nie znosiłam ich jak cholera.

Przeczytałam gdzieś kiedyś taki artykuł, który pokazywał jak bardzo gorzej jest po 12 miesiącach w związku ale wiecie co? Ja uważam, że u nas jest totalnie na odwrót.

Od momentu, w którym zrozumiałam ile on dla mnie znaczy czuję się zupełnie jak na początku jakiejś przygody. Z tymże wcześniej przytulałam się do obcego mężczyzny, a teraz tulę przyjaciela.

Niektóre wady stały się dla mnie zaletami a te, o których nie można zapomnieć przestały mi totalnie przeszkadzać.  Jasne, czasem dalej marudzę, że fajnie gdyby był choć trochę wyższy ale chyba nie miałabym  już problemu żeby założyć przy nim obcasy.

Lubię go. Choć czasem nie znoszę – ale przecież to normalne. Nie wyobrażam sobie już życia bez tego mężczyzny. Nikt nie zrobił dla mnie przez całe życie więcej niż on, przez 12 miesięcy. Nikt bardziej mnie nie rozumiał. Nikt nie znosił tak długo moich humorów a nawet jeśli, to każdy reagował złością. A On..? On przez tych 12 miesięcy ofiarowywał mi coś, czego chyba tak naprawdę nie dał mi nikt przez 33 lata. Czasami warto po prostu poczekać. Zauroczenie może przyjść znienacka. Miłość – N I E! Kocham i jestem kochana. Czego chcieć więcej? 🙂

Udostępnij: