Wszystko i nic

Dziecko w szpitalu – druga operacja, i nasz pobyt na Krysiewicza w Poznaniu

Zespół opieki zdrowotnej nad matką i dzieckiem. Aż chciałoby się myśleć, że taka nazwa do czegoś zobowiązuje, prawda? Jakieś standardy związane z warunkami szpitalnymi. W końcu nie leżą tam osoby dorosłe, tylko właśnie dzieci. Dziecko w szpitalu to nie ewenement w tej placówce, a codzienność. A jednak moje oczekiwania (a raczej wyobrażenia) minęły się z rzeczywistością.

Od dawna planowaliśmy pobyt w szpitalu

Złamanie Monteggii, które przytrafiło się Mikuli podczas ostatnich ferii zmusiło lekarzy do osadzenia w jego łapce drutów – na długości przedramienia. Dzięki temu zespoleniu, po 3 narkozie, udało się wreszcie dojść do ładu z bolącą rączką, przez co najlepszym przyjacielem młodego – na kolejne miesiące, był najpierw gips, a później orteza – o której chyba powstanie oddzielny wpis, bo sporo mieliśmy o nią pytań.

Na wyjęcie drutów umówiliśmy się kilka tygodni wcześniej. Zostaliśmy jednocześnie poinformowani, że mamy zgłosić się dzień przed operacją, bo łącznie spędzimy tam 3 dni – o ile oczywiście wszystko pójdzie dobrze.

Dziecko w szpitalu – pierwsza doba

Przyjechaliśmy z rana – choć może powinniśmy wcześniej, ale uprzedzono nas, że dziecko może wcześniej zjeść śniadanie, bo tego dnia miał jeszcze wcinać co chciał, i ile chciał, do drugiej w nocy. Zjawiliśmy się więc około 10 rano.. Po czym okazało się, że czeka nas godzina wypełniania papierów i kolejne 2 oczekiwania na poszczególnych lekarzy – chirurg, pielęgniarka, anestezjolog i cholera wie kto tam jeszcze.

Po przejściu całej tej lekarskiej batalii, mogliśmy zjechać na dół, na zdjęcie. Po rentgenie udaliśmy się na oddział, gdzie poinformowano nas, że w sumie młody może sobie iść i przyjść jutro o 5 rano. OMG! Z “motylkiem”. Właściwie to chciano nas stamtąd nawet wyrzucić. Wiadomo… zawsze to jeden obiad i kolacja mniej 😉 nie zgodziłam się, bo wiedziałam, że to dla młodego stres i skoro już się nastawił na ten szpital, to zostajemy.

Przydzielono nam łóżko. Przyniesiono obiad, na który Mikula czekał w sumie od samego wejścia do szpitala, i to, na tamten dzień było na tyle.

Na jedzenie chyba nie można narzekać

Mikołaj bywa wybredny, tym razem jednak wsuwał wszystko, aż mu się uszy trzęsły także musiało być dobre. Skosztował jednak tylko jednego obiadu. Kolejnego dnia już nic nie dostał. A na trzeci – wyszliśmy.

Widzicie to łóżko z tyłu? To Jego szpitalna miejscówka. Miejsce, w którym spędził całe 3 dni bo…. szpital ten – mimo iż nastawiony jest właśnie na przyjmowanie dzieci, i są to raczej przypadki wcześniej umówione, NIE POSIADA ŻADNEJ absolutnie sali, w której dzieć może się odstresować.

Żałuję, że nie zrobiłam Wam foty pojemnika, w którym znajdowało się jakieś 5 kartoników puzzli i z 10 książeczek. Leżało to wszystko na korytarzu, w okolicy kibelka, i tam dzieci MOGŁY SIĘ BAWIĆ.

Szpital posiada też fajniejsze zabawki. Klocki lego nawet – oryginalne. Ciekawe gry planszowe  – wiele nowości. Ale zabawki te daje się dziecku na 10 minut – chyba po to, żeby pokusić. Po czym zbiera się wszystko i wynosi do tajnego pokoju, do którego pacjenci niestety wstępu nie mają. WTF ? Ktoś mi powie? Po jakie licho w ogóle to pokazywać?

A jakie są ogólne warunki ?

Nijakie. Tzn jest czysto – nie zaprzeczę. Ale trochę mało kolorowo. Właściwie bardziej szaro, buro i ponuro. Na salach ciasno. Nam trafiła się jeszcze taka podwójna. Ale Rodzice- głównie mamy – potrafią zadbać o to, żeby można było, mimo wszystko czuć się tam dobrze. Naszą miejscówką jednak jest krzesełko. Nie wolno nawet oprzeć się o łóżko dziecka, bo zaraz jest WRZASK pań z personelu. A tak naprawdę, to dzieci na tym oddziale powinny leżeć same – więc szanowny personel mógłby okazać w stosunku do rodziców trochę więcej szacunku. Dzięki nam, Matkom kimającym na krzesełkach – mają mniej pracy.

Rozumiem, że w tej pracy trzeba mieć twardego dupala. I, że nie jest wcale łatwo ogarnąć tylu małych pacjentów, którzy boją się igieł i często nawet przesadnie to okazują. Jednak praca ta wymaga też sporo empatii, której niestety części personelu, na który trafiliśmy w trakcie naszego pobytu, brakowało.

Druga doba, to już operacja

Poszło sprawnie i szybko. Chociaż od rana (a ranek zaczął się dla nas zaraz gdy wzeszło słońce) czas płynął pooowooliii.. Ja zaczytałam się w mega lekkiej lekturze, Miko za to wgapiał się w tablet.

Przedpołudnie poświęciłam w całości Filipowi – spójrzcie sami, jaki smutek go ogarnął:

Zawsze był mój, i ze mną, a tym razem był taki.. “niczyj”.. Gdy wróciłam, Miko już dostał tzw. “głupiego Jasia”, który na niego jakoś nigdy nie działa.

A po kilku chwilach, już zabrali go na salę operacyjną, z której wrócił MEGA szybko. Później jeszcze godzinka na pooperacyjnej, i w sumie było mu wszystko jedno co dalej. Spał.

Dziecko w szpitalu – trzecia doba

A właściwie tylko przedpołudnie. Z rana lekarze poinformowali, żeby oczekiwać na wypis. Mogliśmy zdjąć tą wątpliwie gustowną, szpitalną pidżamkę ( ja prdl. nie rozumiem dlaczego musiał zakładać na siebie to coś, skoro miał swoją – czystą.. I CHŁOPIĘCĄ) i.. czekać.. śniadanie jeszcze dostał. Spakowaliśmy się. Po 11 już siedzieliśmy w Mc Donald’s a on wcinał obiecane fryty.

Zrobiłam zapas leków przeciwbólowych a okazało się, że tak naprawdę wcale ich nie potrzebuje a wczoraj, już pomagał mi nosić zakupy- jakieś 3 kg w operowanej łapce.

Szpital nie pozostawił nam raczej żadnych przykrych wspomnień. Jednak – gdybym tylko mogła – zrobić coś dla dzieciaków, które pojawią się tam i pojawiły po nas, to z wielką chęcią zadbałabym o to, by mogły zapomnieć o tym, co je czeka. Wystarczyłby mały pokoik. 3 na 3 metry. Może właśnie ten – sekretny – w którym trzyma się zabawki, których nie wolno nawet dotknąć. Sorry, ale ja nie czaję. Moje Dziecko miało co robić, bo sama o to zadbałam. Ale przecież pojawiają się tam też maluchy, które nie planowały pobytu w szpitalu. Powinny czuć się tam jak “na wakacjach”. A nie jak w więzieniu. A może po prostu szpital.. powinien zmienić nazwę? Wtedy i oczekiwania rodziców czy małych pacjentów, byłyby inne.

 

Udostępnij: