Ckliwie

Ferie w Sośnicy, dlaczego zapamiętam je na zawsze?

Nic nie dzieje się w życiu bez przyczyny. I nawet w obliczu sytuacji, która się nam przytrafiła nie dalej jak tydzień temu, mam świadomość, że to wszystko zdarzyło się po coś. To nie będzie opowiastka o najcudowniejszym urlopie w życiu – choć na pewno zrobi się z niej ckliwa opowieść. Jeśli masz cierpliwość do długich wywodów, zostań ze mną. Uzewnętrznię się pewnie dość mocno – choć nie zaplanowałam żadnego szkicu tego tekstu. Ja po prostu muszę pozbyć się tych emocji. I dobrych, i złych.. M U S Z Ę.

Cieszyłam się na ten wyjazd..

Bardziej niż kiedykolwiek. Odliczałam dni nie dlatego, że lubię długie podróże, bo z moim ADHD trudno mi wysiedzieć w jednym miejscu. Cieszyłam się, bo Oni się cieszyli. I też pierwszy raz tak bardzo. Opowiadaliśmy sobie wieczorami, jak to spędzimy ten czas tylko ze sobą. Fakt, mieliśmy towarzystwo, co z resztą zaplanowaliśmy, ale ja i tak chciałam z nimi własnymi drogami. Bo było mi wolno. Mogłam nie otwierać przez tydzień komputera, bo na moje pytanie odnośnie tego co trzeba zrobić na speedzie, żeby nadrobić, i móc mieć wolne, szef powiedział tylko : ODPOCZNIJ.
Kiedy patrzyłam na stertę ubrań leżącą na dywanie, która z dnia na dzień była coraz większa, traciłam ochotę na ten wyjazd, ale wiedziałam, że jak już się ogarnę z pakowaniem, to znów będzie mi do śmiechu. I było.

Ruszyliśmy z samego rana

Ani wcześnie, ani późno. W sam raz. Z dobrymi humorami, choć na dworcu w Gnieźnie okazało się, że nasz pociąg ma takie opóźnienie, że nie ma najmniejszych szans byśmy zdążyli na ten z Poznania do Krakowa. Na szczęście udało się dotrzeć na czas – zupełnie innym połączeniem.
No ale skoro zaczęło się od przygody, to i na przygodzie musiało się skończyć.

Do Sośnicy dotarliśmy późnym popołudniem

Czekał na nas przygotowany pokój – przytulny, jakże by inaczej, w końcu tam zawsze po domowemu. Uraczono nas też cztero daniową kolacją. Znam Sośnicową kuchnię, Chłopcy też ją znają i przyznać muszę, że nawet ich wybredne podniebienia przyjmowały wszystko z nieukrywaną ciekawością smaku każdej kolejnej potrawy. Zaczęło się całkiem przyjemnie zatem, choć zmęczenie tego wieczoru dawało mi się mocno we znaki. Duchowi Sośnicy nie przedstawiłam nawet kawałka mojej wyjazdowej ekipy, i zaplanowałam to na kolejny dzień ale.. NIE ZDĄŻYŁAM 🙁

Bo po śniadaniu..

Właśnie! Co było po śniadaniu? Próbowałam sobie odtwarzać ten moment wielokrotnie, ale jedyne co pamiętam to wołanie Filipa, który oznajmił mi w jadalni, że mam szybko z nim pójść, bo chce mi coś pokazać. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Że nabroił coś, że zepsuł, że wylał, że… ehh.. jedyne jednak co mi pokazał, to bladego z bólu Mikołaja, którego znosiła ze schodów przesympatyczna Pani z recepcji, Wiedziałam, że stało się coś złego.

Wypadek na wakacjach – dużo we mnie złych emocji

Nie potrafię się ich pozbyć, i pewnie wciąż mam wyrzuty sumienia. Bo mogłam tam być – ale u licha, kończyłam pić herbatę, a on milion razy bawił się na tej sali zabaw. Grał w piłkę. Pluszową. Czaicie? Bawił się jak inne dzieciaki ale przewrócił się tak niefortunnie, że rączka się złamała a kości zostały wybite. Ominę szczegółowy opis sytuacji a skupię się na tym, co było później.

Wypadek na wakacjach.. Pogotowie

Tam się zaczęło. Najpierw żmudny proces rejestracji, którego nie da się pominąć, ale przecież nie tylko tam. Nigdzie.
Byłam kłębkiem nerwów. Serio. Wszyscy jesteście pewni, że jestem taka silna. Że samowystarczalna, że .. ehh.. Jestem tylko Babą. I choć staram się ZAWSZE nosić portki, to czasem wydarza się coś, co mnie zwyczajnie przygniata. I tym razem by przygniotło gdyby nie fakt, że był z nami Sośnicowy Duch. Pewnie nie ma pojęcia, jak bardzo dzięki Niemu właśnie przetrwałam te najgorsze dni. A On nie musiał. A wszystko chciał, i był, nawet jak prosiłam, żeby go nie było.

Problemy zaczęły się piętrzyć

I to już na początku. Bo okazało się, że rączkę trzeba nastawić, w znieczuleniu ogólnym. A Mikula zjadł rano jogurt. JEDEN, mały, pieprzony jogurt, który uniemożliwił lekarską ingerencję, i zmusił nas do oczekiwania na zabieg przez 5 godzin – no.. prawie 6. To był chyba najgorszy czas, który przetrwaliśmy dzięki .. życzliwości wciąż tej samej osoby.
Później była pierwsza próba nastawienia, zdjęcie. Źle. Kolejna próba. Kolejne znieczulenie. Obietnica, że już dobrze. Zdjęcie.. I wymowna mina lekarza, który zajął się Mikołajem. Szybka decyzja czy wracamy do domu i operujemy na miejscu, czy zostajemy w Zakopanem – zostałam oczywiście pouczona, jak niebezpieczna decyzja o powrocie mogłaby okazać się dla Mikuli.
Ja już nawet nie płakałam. A  Miko zmęczony całym dniem bez jedzenia, picia, milionem konsultacji i przerażającym bólem, bez większego zniechęcenia udał się na szpitalną salę, by tylko móc ułożyć się w swoim łóżku i czekać na to, co przyniesie jutro. Kawałek chleba i kilka łyków wody okazało się być najlepszym, co go tego dnia spotkało.

Wypadek na wakacjach :Tysiące myśli..

Tyle ich miałam w głowie. Złożyłam przecież tak wiele autografów na dokumentach, które traktowały o możliwych komplikacjach. Wiecie jak one wyglądają, prawda? I ja miałam wziąć za nie odpowiedzialność. I za to małe, ufne dzieciątko, które z nadzieją na mnie patrzyło i tylko pytało, kiedy przestanie boleć. Nieważne było dla mnie nic.. I nikt już nawet. I chociaż dostałam tego dnia dziesiątki wiadomości, to prócz Sośnicowego Ducha , Cioci Magdy i Wiktorii, które dzielnie wspierały Fila, Mojej Sylwii i kogoś, kto wprowadził się już trochę do mojego życia nie liczył się dla mnie wtedy nikt więcej.
Zbierając te wszystkie myśli do kupy stwierdziłam wtedy, że takie sytuacje pozwalają nam określać priorytety i „ustawiać” sobie ludzi pod względem tego, jak bardzo są dla nas ważni. Cała ta sytuacja nauczyła mnie, że..

Mam cudownych przyjaciół..

To przede wszystkim. Na ich czele stoi Sylwia, która jest mi chyba najbardziej życzliwą osobą na świecie. To ona późnym wieczorem pojechała z własnej woli powiadomić moich najbliższych o tym, co się stało. To ona rzuciła hasło, że po nas przyjedzie jak już będzie po wszystkim bo nie zostawi nas z tym samych. To ona mnie najmocniej wspierała i znosiła moje milczenie, nawet gdy milion razy pytała o stan zdrowia Miko. Ostatnio dużo u mnie o miłości. Ale ja chyba dopiero teraz, po 30stce odkrywam, co to znaczy kochać. Bo to, że Rodzina to nie więzy krwi, wiem już od jakiegoś czasu. Dziękuję Ciocia. Nie wiem czy to przeczytasz, ale wiem, że Wiesz, że chociaż ja nie gadam, to … no właśnie 🙂 Zawsze czytasz ze mnie jak z książki . I love U 😉
Chciałabym też podziękować Magdzie i Wiktorii. Tak naprawdę nie znałyśmy się jakoś super. Magdę i mnie łączy głównie wspólny projekt, choć od pierwszego naszego spotkania coś „zagrało” między nami. Ale niewiele o sobie wiedziałyśmy, choć każda z nas zdążyła się trochę uzewnętrznić. Jednak opuszczając mury Sośnicy byłam pewna, że Feli będzie miał z nimi cudowne ferie, i choć nie spędzi ich ze mną, to zapamięta je na zawsze. Tak było. Dziewczyny nie tylko zadbały o komfort psychiczny mojego dziecka, ale też o całą masę atrakcji. DZIĘKUJĘ.
I Sośnicowemu Duchowi. Mogłabym  w zasadzie nadać mu imię, bo o Karolu czytaliście już wielokrotnie. I nawet nie znam słów, którymi mogłabym oddać to, jak bardzo dzięki niemu czułam się BEZPIECZNIE. Tak, to dobre określenie. Kiedy tak myślę o tej naszej kilkuletniej już znajomości stwierdzam, że chyba przyniosłam Mu więcej złego, niż dobrego. A On dalej chce, choć nie musi. Ogromny dług wdzięczności mam wobec Niego. I chyba taki, którego nie da się spłacić, bo życia zabraknie..
Jeszcze był ktoś.. ktoś, kto ani na chwilę nie pozwalał mi tracić nadziei. I był ze mną wirtualnie od początku do końca. Mam wrażenie, że splot tych wszystkich wydarzeń sprawił, że pozwoliłam mu wejść do swojego życia bardziej. I właściwie to planowałam napisać tutaj coś więcej, ale kilka razy popełniłam już podobny błąd. Po czym szybko to co najlepsze, zamieniało się w całe zło tego świata. Teraz więc wszystko co dobre, zostawiam tylko sobie. I kilku osobom, które są mi życzliwie bliskie dodam tylko, że pewnie pamiętacie, jak wiele opowiadałam Wam o mojej potrzebie wewnętrznego spokoju. I chociaż przestrzegano mnie przed konsekwencjami tej znajomości to ja (cholera) wreszcie zamierzam słuchać tylko siebie. I słucham. I chociaż mnóstwo we mnie żalu, złych emocji a moje skrzydełka zostały podcięte, to właśnie dzięki temu komuś, codziennie się uśmiecham. I nieważne czy ta znajomość się niebawem zakończy, czy będzie trwać jeszcze długo. Najważniejsze jest to, jak wiele mnie nauczyła.

I w tym właśnie momencie, dochodzę do meritum moich wywodów

Bo wszystko w życiu dzieje się z jakiegoś powodu. Ilu tych powodów mogłabym doszukać się tym razem?
Przyjaciele/znajomi, którzy byli od pierwszej chwili w pełnej gotowości do pomocy. Nie jestem sama. NAPRAWDĘ nie jestem.
Czas.. Który miałam poświęcić tylko Mikuli a moją obietnicę olałam trochę już pierwszego dnia. Już dawno – a może nigdy – tak dużo się nie tuliliśmy. Nie rozmawialiśmy tyle o tym co czujemy. Nie wyznaliśmy sobie miłości tyle razy. Nie pamiętałam (albo nie wiedziałam) ile szczęścia może dać moment, w którym On błogo zasypia a ja gładzę jego włosy. To nie jego tuliłam przez ostatnie lata, tylko Fila. To nie on był tak blisko mnie. Nie z nim prowadziłam długie rozmowy, i nie jemu pokazywałam gwiazdy na niebie. Patrzyliśmy razem na te góry – tak samo piękne jak kilka dni wcześniej, choć może z mniejszym sentymentem na nie spoglądałam. Siedzieliśmy na szpitalnym łóżku a ja zrozumiałam, że trzymam w objęciach cały mój świat, a przynajmniej większą jego część. Potrzebowałam tego, żeby zrobić sobie rachunek sumienia z mojego rodzicielstwa. A milion obraźliwych smsów od Pana Taty uświadomił mi tylko, że w portkach jest mi najlepiej. Nie dam się, ani jemu, ani nikomu i nigdy więcej. Nie pozwolę też skrzywdzić nikogo z moich bliskich.
Jest jeszcze coś.. czego nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć. Tam, na tej sali, leżała z nami dziewczynka w wieku Mikołaja.  A jej Ojciec, do złudzenia przypominał mi kogoś, kto jest mi wciąż bliski. Pod każdym względem mi go przypominał. A gdy w trakcie niezobowiązującej rozmowy zapytał, czy oby na pewno się nie znamy uświadomiłam sobie, że właściwie to możliwe. Powiedział mi coś, co nie pozwoliło mi zasnąć tej nocy ani na chwilę. I Wiecie co? Jeżeli faktycznie co roku spotykam osobę, która ma wpływ na moje dalsze życie to w tym roku to właśnie On jest jedną z nich.
Ludzie przychodzą, i odchodzą.. pamiętacie ten mój tekst ? Wielu odeszło tym razem. Mam potrzebę zamykania za nimi drzwi. Ja już nie chcę ludzi. Nie chcę ich tak wielu. Potrzebuję tylko tych najbliższych. I planuję poświęcić się im w pełni i rozwijać dobre dla mnie znajomości. A jest ich tak bardzo niewiele… Coraz mniej… Jeśli do tej pory zawsze miałam dla Ciebie czas, i za każdym razem zapraszałam „do środka”, pewnie teraz odczujesz, że nie należysz do tej grupy osób. Ale Wiesz co? Nie masz czego żałować. Bo ja i tak nie pasuję do Twojej bajki. Ani Ty do mojej.

I tak na koniec.. mimo wszystko warto wierzyć, że to co najpiękniejsze, dopiero przed nami.

Udostępnij:
  • magda

    nie ma za co….

  • Bardzo przejmująca jest ta twoja opowieść. Ile trzeba mieć w sobie siły, żeby takie zdarzenia przetrwać, ale tak jak piszesz, wszystko jest po coś. Nie będę sie tu wymądrzać, bo po co? Napisałaś wszystko, co można wyrazić słowami w takiej sytuacji.
    Życzę wobec tego, aby życie oszczędziło Ci aż takich lekcji…i gratuluję przyjaciół 🙂

    • tyle siły, ile ma każda Matka 😉 A wszystkiego zapewne nie napisałam, i to właśnie dlatego, że potrafiłam tego wyrazić słowami. Przed nami jeszcze dłuuuga droga, i kolejna operacja, ale musi być dobrze

  • Wiedziałam o Waszych przygodach z insta i strasznie mi żal było młodego! Mam nadzieję, że kolejne wakacje obędą sie bez takich "atrakcji"! Pociągi widać są złośliwe mimo coraz droższych biletów!

    • ehh no oby. Chociaż szczerze mówiąc, na razie nie planuję żadnych wyjazdów i mam ochotę wyłożyć im pokój materacami 😉

  • Prawdziwych przyjaciół poznajesz w biedzie.

    • najprawdziwsza z prawd 😉

  • A.

    Każde doświadczenie czegoś nas uczy…

    • tak właśnie myślę

  • Super, że masz takich pomocnych przyjaciół!👍 Każde wydarzenie czegoś nas uczy, ale mam nadzieję, że takich wydarzeń będzie u Was jak najmniej. pozdrawiamy😘

  • Przykro, że zamiast potrzebnego odpoczynku spotkały Cię takie emocje, ale z drugiej strony masz rację, że wszystko dzieje sie po coś. Takie sytuacje uświadamiają nam co jest dla nas ważne i kto jest prawdziwym przyjacielem. Życzę Ci jednak aby następny wyjazd obył się bez takich dramatycznych chwil i przyniósł odpoczynek i radość:)

  • Widzę, że z tej "przygody" wynosisz bardzo optymistyczne konkluzje i to jest najważniejsze.
    Mam nadzieję, że nigdy więcej nie spotka Cię coś takiego!
    Pozdrowienia!

  • Tylko pozazdrościć przyjaciół 🙂

  • Oby kolejne wakacje obyły się bez takich przygód 🙂

  • Zasłużyłaś sobie na to, żeby nie być sama w takich momentach. Popatrz, ilu ludzi Cię kocha i dla ilu jesteś ważna. I masz rację, wszystko dzieje się po coś. Musimy tylko to "coś" zrozumieć.

  • Oj… Przykro mi… Ale dobrze że mimo wszystko potrafisz dostrzec pozytywy 🙂

  • Mi też przykro, że tak sie podziało. W szpitalu to zawsze jakaś masakra.

  • Bardzo mi przykro. Mam jednak nadzieję, że szybko zapomnicie o tym wypadku i będziecie wspominać te miłe chwile.

  • Pingback: Dziecko w szpitalu - druga operacja. Nasz pobyt na Krysiewicza, w Poznaniu()