Ckliwie

Czego się (nie)spodziewałam w 2015 ?

Odszedł. Nie pożegnałam go z wielką pompą
– choć dość niestandardowo. Nie było mi żal, że się kończy. Nie wspominałam,
nie płakałam z tęsknoty, zacierałam ręce. Bo NOWE przyniosło ulgę, choć nowym
jest przecież tylko symbolicznie. Wiele mi ten ubiegły rok dał, jeszcze więcej
zabrał. Wszystkich tych rzeczy się nie spodziewałam. Może dlatego, że rzadko
planowałam? Bo życia NIE DA SIĘ ZAPLANOWAĆ. No nie da! Ono samo pisze
scenariusze..

Rok temu, jakoś w okolicy Sylwestra, obiecałam sobie, że raz na zawsze rozprawię się z wewnętrzną pustką. Że kiedy za 12 miesięcy znów będzie okazja by założyć na głowę papierowe czapki na gumce i usłyszeć huk petard, a później stuknąć się na szczęście kieliszkiem wypełnionym po brzegi jakimś “szczochem” ( nie cierpię szampana! ) będę mogła powiedzieć, że NIE JESTEM SAMA. Nie byłam. Nie czułam się samotna a ta wewnętrzna pustka, którą nigdy nie umiałam “słodzić herbaty” zniknęła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Ja czarować nie potrafię, ale znam tych, co umieją. Bo Wiecie… tak naprawdę, to ten rok upłynął pod znakiem nowych znajomości. Przychodzili nowi, odchodzili “starzy”. Były – owszem – sukcesy biznesowe. Nie mało, i nie małe.  Planów było dużo. Niewiele z nich wypełniłam.
Ja, i moja niecierpliwość. Wszystko muszę (chcę) mieć tu i teraz. Zawsze na tym “cierpię”. Ale i tak najlepsze co mnie w ubiegłym roku spotkało było efektem spontanicznych decyzji. Więc jednak to TU I TERAZ okazało się być dobrą “drogą”. NAJLEPSZĄ.
Drogą, która zaprowadziła mnie najpierw w nieznane. Albo w zapomniane. Jak dobrze było móc przypomnieć sobie znów, że moja życiowa rola to nie tylko Matulowanie.
Kilkanaście tygodni. Tyle ciepła – prawdziwego, nieudawanego. A później cyk, koniec. Bo tak chciałam. Bo tak lepiej. Bo czułam podświadomie, że trzeba zacząć nowy “film”. Z jednego odcinka “pełnometrażówki” zrobił się jakichś tasiemiec, który zawiódł mnie do miejsca, w którym wciąż się znajduję. Wprawdzie musiałam spalić za sobą dłuuuugi most, budowany przez wiele dni i nocy, ale nie żałuję (!). Chociaż palić nie było łatwo.
Później.. Później było już inaczej. Bo ten cały maraton nowych znajomości przestał być błędnym kołem i zaprowadził mnie tam, gdzie zawsze chciałam być. Postawił mi jeszcze na drodzę Kubę, który zjawił się wtedy, gdy potrzebowałam kogoś najbardziej. Przez chwilę był “mój”, później musiałam się Nim z kimś dzielić, a potem znów wracał .. i “odchodził”.. i ja odchodziłam. I tak w kółko aż do zrzygania – serio. No bo ileż można? Jak wiele razy można rzucać wszystko by wciąż zaczynać od początku i nie zaczynając dobrze JUŻ KOŃCZYĆ. Oboje mieliśmy dość. I chwała za to resztkom mojego zdrowego rozsądku ( I JEGO) bo dzięki temu, dziś, jak najlepsi przyjaciele, mogliśmy z nieudawaną przyjemnością napić się wspólnie grzańca. To nic, że był najgorszy, jaki miałam okazję pić. Było mi ciepło.. i pachniało. A grzaniec był słodki – umiałam go osłodzić. Bo nie byłam sama.
Tyle się dzieje w tej mojej głowie. Tak dużo. Są myśli, które mogą w niej tkwić i takie, które powinny zniknąć. Nie potrafię ich wyrzucić. Pozwalam im więc kiełkować. Niech sobie rosną. Rozwijają listki jeden po drugim. Bez planowania. Bez nadzieji.. Ale z wiarą. Na co? Ehh… Czy Wy Wiecie.. że Oni jednak potrafią kochać? Nawet jeśli mówią, że miłość nie istnieje… KOCHAJĄ z całych sił, zawsze. Nawet jak boli. Kiedy szpilę im ktoś w serducho wbija, jedna po drugiej. Nie tłumaczą sobie świata tak jak my.. Choć próbują zrozumieć.
NIE SPODZIEWAŁAM SIĘ. Nie tego, że przestanę się czuć “wewnętrznie” samotna. Że ktoś mi powie “dzień dobry” i “dobranoc” i będzie mówił wprost o tym, że jednak mnie potrzebuje  (czasami.. po coś.. ) Ja nie spodziewałam się tego, że z pomocą tej dobrej Istoty, tak nieziemsko wciąż zagubionej w tej “nieprzejrzystej” rzeczywistosci będę mogła uwierzyć, że są i tacy, co świadomie nie krzywdzą. I widzą w nas więcej niż to, co “musimy”,  jako ich “własność”.
Gdybym miała zrobić sobie TYLKO JEDNO, Noworoczne postanowienie, nie miałabym z tym problemu. Wiecie czego bym chciała? Za wszelkę cenę ( nawet tą najwyższą) nie palić tego nowego mostu. Bo to, co buduję ” z kimś” od dwóch miesięcy na zasadzie zupełnie innej relacji niż standardowe – damsko męskie, daje mi siłę. I wiarę.. i nawet tą nadzieję. I uśmiech przynosi, i zapach lasu – czasem. I pozwala patrzeć w przyszłość przez różowe okulary. A dzięki tym różowym okularom, może znów pozwolę komuś pozawracać sobie głowę 🙂 On wprawdzie lasu nie lubi. Ma nudne, (aż za bardzo) poukładane życie, ale widzi we mnie coś więcej, niż tylko … heh..
Czuję spokój. Wiem, że to tylko na chwilę. Ale czuję. A teraz zabieram się za wielkie porządki. Nie wiem, czy to co się teraz “tli” będzie miało szansę rozwinąć “skrzydła”. Czy za rok, skłądając noworoczne życzenia, uściskam te same osoby, ale gdybym miała “sprzątać” tak drastycznie, że wolno byłoby mi “pozostawić” obok siebie tylko jedną Istotę poza moimi Dziećmi, to bez zawachania poszłabym “do lasu.. ” Bo tam jest cicho.. i pachnie 🙂 A ja znów bardziej wierzę w przyjaźń. Bo jednak się da. Ot tak, bez podtekstów 🙂
 
Udostępnij: