Bez kategorii

Goodbye listopad – CU next year..

Świąteczną gorączkę czas zacząć – od dziś OFICJALNIE można oglądać Kevina;) , podśpiewywać Last Christmas i czytać Wigilijną Opowieść..

Sentymentalistka ze mnie – a co! Wzruszam się nad pożółkłymi ze starości fotografiami, na których to mała Monisia z dwoma kucykami zajmuje zaszczytne miejsce na kolanach Dziadziusia.. Wieszamy razem bombki, robimy łańcuchy, przekłuwamy pieczone jabłuszka i zawijamy orzechy w ogromną ilość świecidełek. No i ta gwiazda na czubku .. kiedy już tam tkwiła wiedziałam, że za kilka godzin wydarzy się coś szczególnego..

Nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie jak daleko sięga moja pamięć… Mówi się, że o pierwszych latach zwykle się zapomina.. ale ja kolekcjonuję te ważne dla mnie obrazy. I pewna jestem, że miałam nie więcej jak 2 lata, kiedy to przyszedł do nas ten “Święty Pan” z wielką laską, i workiem prezentów. Wiedziałam też, że to mój Dziadziuś, który przecież zupełnie nie przypominał Mikołaja z obrazków.  To był pierwszy, i  ostatni raz.. później wszelkie upominki lądowały od razu  pod choinką.. Obserwowałam Rodziców, którzy zawsze pod koniec Wigilijnej kolacji mieli coś WAŻNEGO do zrobienia.. a to ogień w piecu nagle wygasał, i trzeba było biec “podłożyć”.. innym znów razem ktoś podobno dzwonił do drzwi – i tylko mi to umknęło – ale należało przecież otworzyć..

Później szliśmy razem kolędować.. siadaliśmy pod choinką, gdzie czekało MNÓSTWO prezentów. Drobiazgów – dla każdego. Skąd się tam wzięły? WIEDZIAŁAM, byłam pewna.. cwana była ze mnie bestyja a mimo to , w głębi duszy, wierzyłam w to, co przecież zupełnie niemożliwe… I zawsze tego wieczoru najbardziej czułam magię.. Śniłam o brodatym Panu na saniach, jego Reniferach.. o elfach i wieeeelkieeeej fabryce zabawek.. Wyglądałam za okno wyczekując pierwszej gwiazdki sprawdzając mimowolnie, czy też nie widać tam śladów “kopytek” naszego kochanego Rudolfa.
Co roku – od pierwszych dni grudnia- czytaliśmy Wigilijną opowieść.. Podśpiewywaliśmy też pod nosami świąteczne melodie.. A kiedy wreszcie spadł śnieg, atmosfera świąteczna była jeszcze bardziej wyczuwalna.

Byłam pewna, że magia Świąt to oczywista oczywistość.. Że jest ZAWSZE, wszędzie… i kiedy tylko zbliża się ten wielki dzień poczuję ją – jak zwykle.
Ale czar prysł.. jak bańka mydlana, po której nie został nawet ślad na podłodze.. I wtedy zrozumiałam, że ta MAGIA, to zasługa moich Rodziców, i Dziadków.  Tylko od nas zależy, czy będziemy ją pielęgnować..

Zmarnowałam 7 Świąt Bożego Narodzenia.. W tym roku , będzie inaczej…:)

Udostępnij: