Bez kategorii

Jak AMEN w pacierzu!

Kontrowersyjny to temat, pełen ZA i PRZECIW.. I trudno jest stanąć po którejś stronie czując jednocześnie wewnętrzny spokój. Z jednej strony usilnie staramy się uczyć naszego Bąka jak powinien postępować, i kim powinien być – bo tego oczekuje od nas świat.. Z drugiej jednak.. chcemy dać Mu wolność, polegającą na możliwości dokonywania wyborów. Która droga jest lepsza?

Pamiętam jakby to było dziś.. w KAŻDĄ niedzielę, o tej samej porze, siedzieliśmy w aucie – ściśnięci jak sardynki bo przecież było nas sześciu. Wieczna kłótnia o to, kto dziś “jedzie na kolanach”. A później bita godzina NUDY! Okrutnej nudy i rozmyślania o wszystkim i o niczym.
Tak wspominam czas, kiedy to jeszcze Rodzice  decydowali za mnie jak powinien wyglądać ten dzień.
Dziadkowie w pierwszej ławce, tuż przed ołtarzem, wpatrzeni w Księdza jak w obrazek. I KAŻDĄ pieśń “znali” a jak nie znali , to udawali , że znają a w całym kościele rozlegał się dźwięczny głos tych, którzy udają – mmmmm.. aaa… prawie jak kołysanka:) ale czy to ważne? Ważne, że wrażenie dobre robili, a Proboszcz chwalił, jak to się Oni nie modlą! Głośno, odważnie.. bo kto śpiewa ten modli się dwa razy!
I nawet wieczorny pacierz był jakby od niechcenia.. żadnej przyjemności , przymus.. “Do Ciebie Boziu rączki podnoszę”.. I stos innych regułek – tak to odbierałam. Bo trzeba być szablonowym, bo inaczej nie można! A gdzie tu wolność wyboru? Ta szablonowość sprawiła, że znienawidziłam niedzielne poranki! Na samą myśl o tym, że zaraz znów powtórzy się ten sam scenariusz robiło mi się NIEDOBRZE.
Nie chciałam jeździć do kościoła! To była dla mnie NAJWIĘKSZA kara. Wolałabym zostać i posprzątać dwa razy cały dom, nauczyć się tabliczki mnożenia, pomóc przy domowych zwierzętach . Wszystko, byle nie niedzielna Msza!
Słuchałam jednak, chodziłam tam, siedziałam w ławce – w ciszy- całą godzinę odliczając minuty do końca tego przykrego wtedy dla mnie OBOWIĄZKU.
Komunia Święta.. czas, kiedy już więcej rozumiemy.. to wtedy zaczęły się rozmowy na temat tego DLACZEGO właściwie chodzimy do kościoła.. Co daje nam bliskość z Bogiem, jak bardzo JEMU na mnie zależy.. odkryłam, że coś w tym jest – może nawet jakaś magia? Chętnie przystąpiłam do pierwszej Komunii.. Przeżyłam tą chwilę szczególnie a w sercu panował spokój. Ten z Góry nagle stał się moim przyjacielem. Poznałam inne oblicze religii.. Podejście Księdza do Dzieciaków również się zmieniło i postanowił zorganizować dodatkową Mszę – właśnie dla Małych. Uwielbiałam je, czekałam całe sześć dni na tą JEDYNĄ niedzielę. Z radością biegłam do Kościoła a kiedy Msza się kończyła czułam żal, i niedosyt. Jeśli czułam, że potrzebuję Boga, odwiedzałam Go w Jego Świątyni.. Nie modliłam się korzystając z “regułek” , mówiłam do Niego własnymi słowami. I wtedy właśnie czułam się dobrze sama ze sobą- bez przymusu.. zapominając o KONIECZNEJ szablonowości. Ale niebawem pojawił się kolejny problem. Spowiedź Święta!
Boże Narodzenie, Wielkanoc, Wszystkich Świętych – idź, bo trzeba! no jak to żebyś do spowiedzi nie poszła? A tak to! a co, jeżeli ja nie czuję potrzeby? sama wiem najlepiej co mam na sumieniu, czy tego żałuję, czy nie i czy w danej chwili  – w tym ważnym niby dniu – Bóg jest mi do szczęścia potrzebny.
Kolejny przymus znów stał się powodem do znienawidzenia niedzielnej mszy, a może i nawet Tego Najwyższego? Czułam jakby On wraz ze swoim sprzymierzeńcem – światem – wywierał na mnie presje za karę. Coraz mniej było szczerości w każdej kolejnej spowiedzi.. Nie czułam już potrzeby “oczyszczenia” . Katharsis było mi zupełnie OBCE.
W zgodzie ze sobą zaczęłam żyć dopiero wtedy, gdy wyprowadziłam się z Rodzinnego domu. Teraz byłam zdana sama na siebie. Nikt mnie do niczego nie zmuszał, nikt nie mówił co trzeba – miałam WOLNOŚĆ WYBORU.
Nie chodziłam do kościoła a kiedy ktoś z Rodziny pytał ” czy byłaś dziś” zawsze zmieniałam temat. Na mojej drodze stanął jednak pewnego dnia Anioł- do dziś tak Go postrzegam. Wiem, że to właśnie Ten z Góry zesłał Go dla mnie na kilka chwil.. Miał wypełnić swoją misję i zniknąć bezpowrotnie. Wypełnił.. pokazał mi jak wiele daje wiara – i nie tylko w Boga.. Nie narzucał swoich racji.. uczył poprzez swoje postępowanie. A ja chłonęłam tą wiedzę, kochałam coraz bardziej- i Jego, i Tego, który go do mnie zesłał.
Tak, to On właśnie miał mnie nauczyć miłości.. Miał pokazać, że można żyć w zgodzie ze sobą..i pomóc też miał nieść mój krzyż – każdy jakiś ma.. ja swoim zostałam obdarowana już w wieku kilku lat, ale to nie temat na dziś.. On pomógł mi zrozumieć.. Ale odszedł, gdy zakończył swoją misję.
Dale przyjaźnię się z Bogiem.. Pielęgnuję tą przyjaźń  i choć bywa,że nie często się odwiedzamy, to często o Nim myślę..
A moi Chłopcy? To jest właśnie TEN ETAP. WAŻNY,a może i najważniejszy. Tłumaczę , opowiadam.. znajdą biblijną historię na pamięć. Są pytania – czasami zaskakujące.. odpowiadam cierpliwie.. ale NIE ZMUSZAM.
Pójdziemy się pomodlić? – pytam co niedzielę.
Zwykle Mikołaj jest zachwycony – długo Msza Święta była dla Niego jedyną rozrywką , może dlatego tak polubił Kościół? Tylko on i Mamusia.. cała godzina SPOKOJU.
Filip? Z tym Gagatkiem to już inna bajka:) za Mały jest jeszcze – ląduje więc zwykle u Ciotki, Babci, Kuzynki.. bo Miko prosi “Mamusia, chodźmy do Kościółka”.. Ale wiem- jestem PEWNA – że jeżeli któregoś dnia oznajmi, że On nie chce, bo nie czuje takiej potrzeby, bo nie wierzy! To nie będę usilnie namawiała.. Nie zagrożę, nie zlinczuję.. to MOJE DZIECKO.. ale też Istotka z własnym sumieniem, i własnym rozumem. On najlepiej wie co czuje, czego Mu potrzeba. Jako Matula mogę przekazać Mu całą tajemną wiedzę świata, którą posiadłam.. i na tym kończy się moja misja.. Bo nie chodzi o to, by zatracił równowagę pozbawiony przeze mnie wolności wyboru. Najważniejsze jest to, żeby czuł, że żyje w zgodzie ze sobą!I nie chodzi tutaj tylko o kwestię religii ale o też o KAŻDĄ INNĄ..
Kocham, więc pozwalam dokonywać wyborów! A TY?

Udostępnij: